czwartek, 23 stycznia 2014

Inna Charlotte

Inspiracja: Nimfomanka, Lars von Trier, 2013



Na obrzeżach śródmieścia znajduje się ulica  wzdłuż, której stoją szaro-brązowe, pokryte zaciekami przedwojenne kamienice. Od ulicy  odchodzi krótsza, od niej zakręca jeszcze mniejsza. Pod jednym z jej numerów mieszka samotna kobieta, która się nie maluje i nie chodzi na wysokich obcasach. Mieszka na pierwszym piętrze w dwupokojowym mieszkaniu z korytarzem, kuchnią i WC. W dużym pokoju z oknem zasłoniętym gęstą firanką i zasłoną, mrok zasłania dawno nie dotykane krzesła, stół, zapomniany lampowy telewizor, nawet wpół rozebraną bożonarodzeniową choinkę sprzed kilku lat. Do sypialnego pokoju kobieta wchodzi przez ten właśnie ginący w półmroku pokój gościnny. W sypialni, pieczołowicie zasłonięte okno, odgradzające ją od podwórza. Leży w łóżku, popijając herbatę, która stoi na nocnym stoliczku. Nie gości sąsiadów. Nie rozmawia też sama ze sobą. Nie boi się także duchów, które może przyciągnąć jej samotność. Nigdy nie była z mężczyzną. Nigdy nie była z kobietą. Miała kota, który dawno temu przepadł w labiryncie dachów, piwnic i podwórek. Kiedy tak leży w łóżku, do którego kładzie się dość wczesnym wieczorem, jest bardzo cicho. Szmery i trzaski nie wywołują  u niej niepokoju, traktując je jako element bezmiaru spokoju jaki ją otacza. Śpi na łóżku prostym, zaściełanym białą pościelą. Jej głęboki spokój nie wynika z ciszy panującej w pomieszczeniach, ale z uświadomienia sobie, że oddychając, a robi to przecież od urodzenia, jest w stanie nieprzerwanej modlitwy. Dla obserwatora, kobieta jawić się może jako wariatka bądź osoba  prowadząca nudne życie. Tak jednak nie jest. Kobieta ta ma dar niezwykle intensywnego przeżywania rzeczywistości. Skupiając uwagę na czymkolwiek od razu doświadcza pełni.



poniedziałek, 13 stycznia 2014

Wyj Jordanie Belfort !

Inspiracja: Wilk z Wall Street, Martin Scorsese, 2013




Jordan Belfort nie zapłakał ani razu. Nie doświadczył swojego dna. Narkotyki udaremniły mu doświadczyć świadomie swojej słabości, stanu w który mężczyzna łka, wyje. Chwil kiedy musi zaakceptować świat takim jaki jest i ludzi na tym świecie bez względu na ich wady i zalety. Belfort nie zaakceptował siebie takim jakim jest bez względu na swoje wady i zalety. Ambicja i cała reszta prawie zarżnęła w nim człowieka.

Belfort ! Poczuj się słaby, przegrany i potwornie zmęczony. Poczuj się tak źle żeby już tylko Bóg był wstanie cokolwiek dalej z tobą zrobić. Doświadcz siebie w tej słabości. Wyj, wyj, a znaczyć to będzie, że jeszcze żyjesz. Poczuj się ukrzyżowanym, poczuj wycieńczenie Buddy w ascezie. Cierp i czekaj cierpliwie aż twój schorowany duchowy umysł uwięziony w zmęczonym ciele przetrwają kryzys dając pierwsze oznaki poprawy - łzy. Odnajdź siebie w słabościach. Zaakceptuj to co niesie ci twój marny los.

wtorek, 7 stycznia 2014

Wenus w futrze

Inspiracja: Wenus w futrze, Roman Polański, 2013, Kino pod Baranami w Krakowie
                  Wenus w futrze, Leopold von Sacher - Masoch, 1870




W jesienne dni misie podrywają się do lotu. Wilki i lisy nie chcą być gorsze, więc próbują się dostać do małych miasteczek. Duże miasta są bowiem zarezerwowane dla maszyn, nucących przeróżne melodie. Tak czy owak Wanda trzyma się uparcie swojej diety tak jak jej ukochany nie może oderwać wzroku od trzech (tak trzech) ziarenek pieprzu rozsypanych na kuchennym blacie. Nasze miasto słynie z tego, że jej mieszkańcy dużo rozmawiają przy pracy. Podczas ostatniej wojny żołnierze porzucili swoją artylerię, która do dziś zdobi skwery, place i zaułki. Dzieci toczą się hałaśliwe bo wiadomo, że w umysłach kochających matek są bytami dosyć konkretnymi. Czym zatem jest ten aparat, który nuci inną melodię od innych ustrojstw ? Według Wandy to musi być związane ze Dniem Świętego Spokoju. W tym świątecznym dniu piłkarze wybiegają na boisko w kolorowych kostiumach, a nasi politycy całkiem, całkiem, nie powiem..., grają więc w piłkę, którą przecież tak bardzo kochamy od dzieciństwa. W orkiestrze mamy samych flecistów, bo umiemy tylko na flecie. Zresztą nasze miasto powstało w wyniku niezliczonych skojarzeń seksualnych . Jakich ? Nie trzeba chodzić od razu do lasu, wystarczy się tylko dobrze rozejrzeć. Na przykład po ogrodzie. Miłość tańcuje ze śmiercią. Głupie to i niepoważne, ale prawdziwe. Kółko jeździeckie organizuje zapisy na nowy sezon. Rumak Szymon i koń Bartek przejęli kontrolę nad kółkiem po tym jak prezes zarządu zapił się z okupantem podczas ostatniej wojny. "Przesiądźmy się w rowerów na konie !" głosi plakat. W rynku mamy kawiarnię "Tuwim" (tak, to na cześć zmarłego w 1952 r.)  Skręcają tam maszyny, grają w szachy, a  ścianę przyozdobiono wzorami i symbolami. W restauracji można zjeść i smoka i ręce w rukoli i napić się tego cudownego napoju znanego w całym powiecie jako Nieskalana Biel. Jego spożycie wprowadza w stan Niewyobrażalnych Głębi Zjawisk. Tak, tak, właśnie to.

CocoRosie: Sierra i Bianca Casady, USA, działają od 2003 r.

https://www.youtube.com/watch?v=tu3EcAHdHlE

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Baba szanel

Inspiracja: Nikołaj Kolada, Baba szanel, Teatr Jaracza w Łodzi.




Kłóciły się ze sobą, jak zawsze, długo i namiętnie. Emocjami, tonem głosu, spazmem czy wylewnością uczuć tak by zawsze Jej było na wierzchu. I było, przez krótką chwilę póki następna nie zaczęła. Wkrótce dołączył do nich Wasyl żartowniś. Stojąc w drzwiach w czapce  Dziadka Mroza  z urną w ręku próbował babeczki wystraszyć i rozbawić. "Oto urna z prochami Iwana, proszek prosto z cmentarza, moje drogie panie". "Ha, ha, głupoty w głowie, Wasyl, ty się nie śmiej ze śmierci". Iwan pożegnał towarzystwo jakieś miesiąc temu. Wasyl wrzucił do ognia drwa, a popiół zapakował do urny. "Iwan to świntuszył !" Żałowały Iwana. Iwan był chyba jedynym artystą różowego biznesu w Stowarzyszeniu Emerytowanych Artystów Porno. Panie tylko udawały. Jedna była księgową, druga nauczycielką, inna robiła gdzieś po zakładach. Ale lubiły przychodzić. Zapisały się bo opowieści Iwana dobrze robiły na rumieńce i pod wódeczkę. "Stary Iwaniuszka się wykończył przy was babki - zaczepiał Wasyl - a pamiętacie jak opowiadał gdy...", "Nawet nie zaczynaj !" - strofowały panie i zamiast się ze sobą kłócić zaczynały pękać ze śmiechu. Taką oto wesołą stypę miał Iwan. Starościna kiedyś mało co nie zeszła na zawał, bo Wasyl zakradł się gdy ta siedziała w ubikacji i jej buta zabrał. Tamarę udawał, że zgwałci, a ta nie mogła uciekać bo ma chore nogi. Wylała wtedy na niego gorącą herbatę. To było rok temu, na przyjęciu noworocznym. Młodzi nie widzą ile wesołości jest w starym człowieku. Albo to: gęste chmury, a tu nagle prześwit, niebiesiuteńkie niebo o zmierzchu. Rosja robi się wtedy taka pomarańczowa. Zobaczyć jak jasna chmura walczy z ciemną i naćpać się wtedy haustem głębokich oddechów. "Mrozu i słońca będzie mi żal - mówił Wasyl - bo w raju jest ciepło, a w piekle gorąco". "Co Wasia, wolałbyś żeby było jak w Stalingradzie, ech, wyły samoloty i kule świstały, ale przeżyło się. Z tobą to bym Wasia przeżyła nawet dwa Stalingrady". "Kobietki, cały świat kochał Elvisa Presleya, a wy tylko Wiaczesław Tichonow i Wiaczesław Tichonow", "A co Putin to nie kochał ? Cały Związek Radziecki kochał ruskiego człowieka w niemieckim mundurze".

(Tekst jest fantazją i ma bardzo luźny związek ze spektaklem Nikołaja Kolady).

czwartek, 12 grudnia 2013

Akropolis

Inspiracja: Stanisław Wyspiański, Akropolis, Łukasz Twarkowski, Teatr Stary



Rzeczy nie dzieją się przypadkowo. Do Teatru Starego trafiłem nie ze względu na skandal związany ze sztuką "Do Damaszku", ale dlatego, że niedawno obejrzałem "Wyzwolenie" Krzysztofa Jasińskiego (Teatr Stu). Zmierzyć się z erudycją i geniuszem Wyspiańskiego jest dla współczesnego widza, który ledwo co lizną starożytność, a Biblie kojarzy z Mojżeszem i Jezusem, sporym wyzwaniem. Gdy brakuje wartkiej narracji z "Wesela", a na delektacje intelektualne nie ma co liczyć, pozostaje samo przeżywanie.  Forma przedstawienia spójna: ekran górujący nad sceną i kamery podoczepiane do skroni aktorów są istotniejsze od żywych postaci poruszających się po scenie. Treść przypomina sukno rozciągnięte aż do stanu rozerwania na nitki. Te nitki treści mogą zaistnieć w naszej świadomości właśnie dzięki spójnej formie. Im dłużej trwa spektakl tym lepiej się go odbiera. Współczesny człowiek zaglądający w mikro i makro kosmos ma potrzebę głębszego zanurzenia się w psychikę i kulturę . Chcemy zrozumieć dokąd zmierza świat, który powołał nas do życia i co my tutaj mamy do odegrania.

Gdy patrzymy na nasze życie wstecz widzimy jak poszczególne zdarzenia i spotkania z ludźmi znakomicie do siebie pasują. Nawet typy ludzkie jakie są dominujące w naszym życiu obecnie, odpowiadają  typom ludzkim jakie spotykaliśmy w przeszłości i już przygotowują nas na spotkanie z kimś w przyszłości. Również fascynujące jest to jak potrafią rozejść się drogi ludzi sobie bliskich. Rosyjski matematyk Grigorij Perelman, wyjaśniając hipotezę Poincarego, odkrył osiem wymiarów dla wszechświata. Jak bogata jest zatem geometria planu na jakim porusza się ludzki byt ?

W "Akropolis" miesza się świat realny z nierealnym. Błędem twórców spektaklu mogło być to, że zbyt słabo były podkreślone przejścia między tymi światami. Ludzie lubią opowieści (baśnie, filmy, gry, magia), w których obserwują jak w rzeczywistości na równych prawach pojawiają się rzeczy wymyślone. Na przykład Adama i Ewę przedstawiamy w raju, który odzwierciedla znaną nam
przyrodę.

W łódzkim teatrze nawet by nie spróbowano wystawić tak trudnych spektakli jak "Wyzwolenie" i "Akropolis". W Krakowie przed wpuszczeniem ludzi na salę twórcy przygotowali krótki wykład na temat reformy teatru  Wyspiańskiego i przybliżyli treść "Akropolis".

http://www.stary.pl/pl/spektakl/id/635

wtorek, 10 grudnia 2013

Boże, lepiej pleść głupstwa.

Inspiracja: Toxic Bonkers (Aleksandrów Łódzki), Armed for Apocalipse (Chico, Kalifornia), Napalm Death (Wielka Brytania), Wunder wave klub Dekompresja.



Trzeba dbać o chodniki. To one są miejską glebą. W powietrzu unoszą się bryły dźwięku. Linie strun próbują przemóc tą geometrię. Śpiew próbuje wydostać się z krzyku. Seryjny błąd, seryjny bunt.  Chodniki są cenne ponieważ fizycznie łączą ludzi ze sobą. Powietrze jest ważne bo dominuje nad wszystkim. Domy ludzi dzielą bo odgradzają. Hałas przeszkadza w rozwijaniu długich zdań. Potrzeba pokarmu powoduje zawiłość myślenia. Dwie oddzielne czynności: słuchanie ryku i modelowanie myśli. Nakładające się na siebie smugi kolorów (przewaga szarych czy jaskrawych ?) To co chcemy namalować nie jest tym co widzimy. W głośnej muzyce zawarte są uczucia i emocje wyrażone, ale nie opowiedziane. Uczucia i emocje osiągają nadmiar. Odbiorca głośnej muzyki eliminuje siebie jako nadmiar. Czy ludzkość cierpi na nadmiar ? Zbyt proste, linearne, myślowe. Lepiej to rozbić za pomocą dźwięków. Szczerość prowadzi do nieszczerości. Na końcu każdej chwili Bóg próbuje nas przytulić. Czy można mówić o nadmiarze Boga ? Lepiej pleść głupstwa niż wypowiadać się wyważonymi słowami.

Miałem w zanadrzu historię o rodzącym się fizycznym kalectwie, ale gdy zobaczyłem smutną młodą  twarz (bo na młodych twarzach widać najlepiej smutek), postanowiłem zaniechać tej opowieści. Zapragnąłem opowiedzieć dowcip. Zdołał zakiełkować:

- Barni, czemu grasz hard core od 30lat ?
- Wiesz, chciałem się wyszumieć.

- Barni, to prawda, że poznałeś żonę na swoim koncercie ?
- Tak, stała pod sceną i się patrzyła.

- Barni, co myślisz o Polsce i Polakach ?
- Wiesz, od 30 lat szukam odpowiedzi na to pytanie ?

https://www.youtube.com/watch?v=UXGvr1RjZSs




środa, 27 listopada 2013

Motyl w brzuchu




Okrucieństwo nie ma końca. Podczas I Wojny Światowej ludzi cierpiących na nerwice wojenne traktowano jak symulantów, leczono elektrowstrząsami, przywiązywano pasami do łóżek. Najwyższy współczynnik strat odnotowała armia serbska, która wymierała w trakcie ewakuacji do Albanii, zaś na wyspie Korfu zafundowała sobie obóz koncentracyjny - hospicjum. Serbowie sami sobie zorganizowali obóz, gdzie byli dla siebie zarówno katami jak i ofiarami, skazując się na śmierć głodową. Armia która samą siebie pokonała bez podjęcia walki z wrogiem (słabym wojskiem austro-węgierskim i bułgarskim). W Bolimowie 31 stycznia 1915 r. po raz pierwszy użyto broni chemicznej. Skutki jej zastosowania nie były dobrze znane więc wielu żołnierzy zostało pochowanych żywcem.  Żywcem grzebali Japończycy Chińczyków w latach 1937/38 podczas tzw. masakry nankińskiej. 16 letnią Medinę Memi ojciec zakopał żywcem obok kurnika bo spotykała się z kolegami. Joseph Kennedy kazał wykonać na swojej córce Rosemary zabieg lobotomii gdyż obwiano się, że ta upośledzona dziewczynka może zajść w ciąże. Podczas zdobywania Saragossy w 1809 r. (wojny napoleońskie) stare kobiety jako rupiecie były wyrzucone przez okna i balustrady zaś młode gwałcono. Kobiety gwałci się na granicy meksykańsko - amerykańskiej czy w birmańskich obozach wojskowych. Podczas głodu na Ukrainie w latach 1932-33 polowano w lasach na dzieci by je jeść.  Świeżo pochowane dziecko w czasach "czarnej śmierci" w XIV wieku też traktowano jako nadające
się do spożycia. I na koniec tej wyliczanki najnowsze odkrycie: Litwa, Węgry, Rumunia i pewnie też pozostali sojusznicy Hitlera mieli swój czynny udział w holokauście.

Pod naporem okrucieństwa broni się miłość. Subtelność oddechu mieści w sobie trzy fazy, które udało mi się wyodrębnić. Wdech, który chłonie wszystko co postrzega nasz umysł: kolory, dźwięki, obrazy, myśli, słowa. Płytki wydech, który oczyszcza  umysł oraz króciutki, niezwykle wydajny wydech, jakby głębokie zejście o jeden stopień niżej. Następnie z tego głębokiego wydechu powracamy do wdechu i doświadczamy wtedy owych miłosnych "motyli w brzuchu". Zwykłe oddychanie prowadzi nas do miłości. Objawia się to stanem wzruszenia i miłosierdzia.

Ktoś pomyśli: "bycie dobrym jest niebezpieczne ponieważ stajemy się wtedy łatwą ofiarą dla drapieżnika, człowieka zdominowanego przez złe tendencje". Wcale tak nie jest. Mechanizmem obronnym dobra jest wrażliwość (uważność). Dzięki niej szybciej reagujemy na subtelności ludzkiego zachowania. Gdy wyczuwamy to "małe ja" zwykle wiemy jak postąpić. Niestety, poruszanie się między ludźmi przypomina okopy Verdun. Stąd w psychologii życia duchowego taką rolę odgrywa ukrzyżowany Jezus.



poniedziałek, 18 listopada 2013

Lech Wałęsa

Inspiracja: Wałęsa. Człowiek z nadziei, Andrzej Wajda, film z 2013 roku
Leon Wyczółkowski (1852 - 1936), malarz


- Nie mam ochoty stąd nigdzie się ruszać - powiedział Lech.

Malarz uważnie studiowała gestykulację, światło, kolory zmieniające się w pokoju pod wpływem słów, uczuć i emocji.  Wałęsa różnił się w oczach Wyczółkowskiego od innych rodaków, których próbował malować. Robotnik z zachmurzonego przemysłowego miasta smagał zmysły kolorami. Widział już tego żywego człowieka pachnącego farbą i te przedmioty, których dotykał pulsujące aurą.

- Bardzo pana z żoną szanujemy. Jest pan wysłannikiem tej szlachetnej Polski z przyszłości, prawdy i piękna jabłek i chleba. O takiej Polsce się śni i dla takiej się umiera.

- Chętnie bym poznał małżonkę. Zresztą chyba ją wyczuwam. Ona chyba z nami cały czas jest ?

- Jest sierpniowym latem. Bóg był bardzo dla nas łaskaw. Gdy cokolwiek tworzę w każdym dziele jest ona, wieczna i nieśmiertelna.

Robotnik poczuł jak coś go musnęło, widział drgające cienie niczym ryby i kamienie w letnim potoku. Zaczął się obracać wokół siebie obserwując tą iluminację, a ruchy ciałem były jak walka, bunt, strajk. "Tak, taka musi być istota ludzkiego gniewu - pomyślał - gniewu, który stwarza rzeczywistość, jak znaczenie płótna kolorami".

- A gdy ten umysł stwarza rzeczy złe - zapytał Wyczółkowskiego - ludzie na przykład mówią złymi słowami, są brutalni.

- Wtedy wychodzi się na dwór i mówi głośno i wyraźnie, do ptaków, skał, do piachu na drodze. I czeka cierpliwie co Bóg albo innych człowiek odpowie. To uczy pokory.

- odpowie, he he ?

- A panu odpowiedział ?

- Tak, mnie odpowiedział, głośno i wyraźnie.

Robotnik i malarz przystąpili do obierania jabłek.


czwartek, 24 października 2013

Oświadczyny

Inspiracja:

Christopher Walker, Bjork: głos duszy, film z 1997 r.





Staruszka stała nad zwłokami męża z kawałkiem bułki w ręku. Wszystko się pokręciło. To on miał ją przeżyć. Był przecież młodszy.

Robert nie wytrzymał. Zebrał się wreszcie w sobie i postanowił jej się oświadczyć. Był zawsze przy niej bardzo blisko, asystował by Te mogła zająć się tylko muzyką.
- nie mam tyle dla ciebie czasu Robercie, wiesz, że żyje tylko dla muzyki i...mojego synka. Nigdy nie znajdę w swoim sercu odpowiednio dużo miejsca dla ciebie.
- nie chcę twojego czasu, ani serca...pisnął
Robert już dawno przestał żyć swoim, oddzielnym życiem. Najpierw uciekł przed wszystkimi w "swój świat" by potem wpaść na nią kilka lat temu, podczas przygotowań do koncertu. Od tamtego czasu z pracownika technicznego przeistoczył się w dostarczyciela bułek. Przekrajał bułkę, wkładał do niej liść sałaty, delikatnie przekrojony plasterek sera i ogórka.   "Jego świat" cały się zmieścił w codzienności Te, tworząc całkiem szczelny, podwójnie zbrojony bunkier przed światem zewnętrznym.
- Robert, nie jesteś muzykiem...przecież gdy będę śpiewała nie usłyszę dźwięku twojego instrumentu, jak zatem możesz BYĆ ? Za mało wytwarzasz dźwięków, Robert ! Czego ty ode mnie chcesz ?
- Żebyś była moją żoną.
- I co ?! Tylko nie mów, że mnie kochasz...
- Kocham cię
Robert skłamał. Nie mógł zakochać się w ścianach bunkra wypełnionego dźwiękami. Złapał Te za rękę. Ronił szczere łzy do kłamliwych deklaracji.

Jeżeli Te zgodziła się na ślub to tylko dlatego, że usłyszała to szczere, rozczulające zakłamanie. Sama też taka jest i tacy są ludzie, których zna. Małe wystraszone dzieci, obłudne i perwersyjne, w skórze dorosłych ludzi. Te bardzo polubiła zapach i dotyk ręki Roberta. I uzależniła się od "roberciej gastronomii".

- Tylko pamiętaj, masz być przy mnie gdy będę umierającą staruszką. Wiesz, że bardzo boję się śmierci. Lubię ludzi, towarzystwo, całą tą ptasią paplaninę i bardzo, ale bardzo boję się śmierci. Pustki i niepewności, którą niesie sam moment przejścia. Ożenię się z tobą, ale musisz wtedy być przy mnie.
- z bułką w ręku ?
- z bułka !
Oboje się uśmiechnęli.

https://www.youtube.com/watch?v=WyhMzQXLFEU

sobota, 12 października 2013

Inspiracja:
koncert Richarda Bona w klubie Wytwórnia w Łodzi 11 października;
napad na Romów w dzielnicy Łódź Górna w sobotę 5 października 2013 r.





"Uć" rzucił Richard Bona ze sceny. Obracane w dłoni koraliki do medytacji pomogły "puścić umysł", który bez zapory w postaci napięć wywołanych przez myśli, podążał naturalnie za dźwiękami. Muzyka zdawała się "robić co chce", "być nie przewidywalna" i "nie podlegająca kontroli". Umysł miękko przylgnął i podążał.

Zbierają kamienie do wiaderka, szykują pochodnie. Chłopcy z blokowiska w znoszonych przez wiosnę i lato adidasach, z przetłuszczonymi rękami i nogami. Ci szczupli i niscy wyglądają jak nietoperze z poobrywanymi skrzydłami. Ci grubsi niczym kury nieloty. Stado miejskich stworzeń, cierpiących na  chroniczny niedosyt i niedobór.

 Muzycy zgrabnie, z niewymuszonymi gestami bawili się swoją sztuką, wciągając łatwo do zabawy. Wszystko się działo jakby od niechcenia. Studiowanie dźwięków było profanacją i obelgą dla twarzy wyrażającej uśmiech czy bioder, które pomagały umysłowi odnaleźć jedność.

Krzątanina w cygańskim domu od wczesnego ranka. Kobiety ze skupieniem wykonują powtarzalne  czynności. Jedna z nich, ta która będzie próbowała oddzielić męża od napastników narażając się na dotkliwe pobicie, nieświadoma przyszłości. słodzi herbatę, uśmiecha się do cytryny.

Miło było patrzeć ze sceny jak obcy sobie ludzie, zmęczeni tygodniem pracy, odnajdywali się we wspólnej zabawie. Ludzie z innego kontynentu, kraju, języka reagowali na witalność i łagodność. Pozytywne kierowanie tłumem białych ciał w jesiennych swetrach, bluzkach, żakietach.

Bieda nie widzi w pełni swojej biedy. Bieda nie widzi bałaganu, sprzętów, które są śmieciami. Bieda nie czuje, że zapach jest nieświeży. Ale z biedy można uklecić dom, w którym kobiety i mężczyzna schronią się przed zimnem i wilgocią.

Nie była to polityczna manipulacja, która dzieli wykorzystując słowa, emocje, uczucia, wyrwane z kontekstu historyczne wydarzenia razem to miksując w coctail z napisem " Polska", "Świat".  Patrząc na zespół Richarda Bona i zgromadzenie pod sceną trudno uwierzyć w siłę frustracji. Przecież dobro przychodzi tak łatwo, jest tak niewymuszone.

Młode umysły pragną odnowy, zmian. Zaczynają od siebie. Zrobią więc kilkanaście pompek. Koledzy zademonstrują kopniaki na klatkę piersiową w miejsce, gdzie ludzie mają serce. Niewygimnastykowane ciała wzmacniają mięśnie wiaderkiem obciążonym kamieniami. Potem trzeba zrobić coś dla Polski, miasta. Sterroryzować biedę pochodniami w sobotni wieczór tak żeby bała się pisnąć. Wystraszyć Cyganów tak żeby nie potrafili się kochać. Miłość nie jest przeznaczona dla łódzkiego blokowiska ani cygańskiej biedy. Tu się hartują  chore na świerzb koty i kulawe psy.
 
Na koncert Richarda Bona prawie wszyscy przyjechali samochodami. Kobiety i mężczyźni aspirujący do władzy, pieniędzy albo po prostu spokojnego życia. Richard Bona się do nich wszystkich uśmiecha. Tu jest Łódź, która uczy się dobrze zjeść i smakować wina. Tutaj krytykuje się "Kaczora", gani Tuska, zagaduje o Palikota. Tu nie ma "mordowni" jak w młodzieżowych klubach muzycznych. Richard Bona pod choinkę. Richard Bona podczas jazdy samochodem. Doceniamy Richarda Bona i siebie na koncercie Richarda Bona. Ile luzu i zgrabności mają w sobie ci muzycy. Łódzka klasa średnia ma tu swój mały Londyn, też pragnie się tak zgrabnie poruszać, oj jak pragnie.

Zapłonęły pochodnie, łódzkie kobiety i dzieci struchlały...

PS. Omawiany koncert należał do jednych z najlepszych, na których byłem. Fajnie jak na Misty in Roots  w 1983 r. w Teatrze Muzycznym w Łodzi. Zagrali wtedy z Izraelem (Issiael). Przed rokiem "głęboko" było na Janie Garbarku (Katedra) wcześniej na Pendereckim (Mateusz). A wszyscy razem równie genialni jak punkowe MYCIA (Bordeaux) i The Civet (Kalifornia).